wtorek, 24 listopada 2020

Niesiony przez Jezusa

 

Przeszedłem koronawirusa. Nie, nie zamierzam tu pisać o tym jak się czułem, jakie miałem objawy itp. Chciałbym napisać parę słów o wyjątkowej relacji, która podczas choroby nabrała jeszcze głębszego wymiaru.

Co myśli człowiek, który właśnie zakaził się nowym wirusem, z powodu którego w ciągu niespełna roku zmarło grubo ponad milion osób? Jakie rodzą się odczucia po tym, gdy lekarz na pytanie „co zażywać”, odpowiada – „nic”. Śmiertelny wirus, na który lekarze każą zażywać jedynie zwykłe leki na obniżenie gorączki. Nie robią tego oczywiście ze złej woli, są zwyczajnie bezradni. Nauka nie podołała.

To taki czas, który pozwala się zatrzymać. Ogromne osłabienie organizmu pomaga w takim zahamowaniu i zanurkowaniu w swoje wnętrze. To pewnie namiastka tego, co przeżywają chorzy w hospicjach, czy tacy, którzy właśnie się dowiedzieli o nowotworze – wielka niewiadoma. Jak moi bliscy i ja będziemy się czuć jutro? Czy będziemy mogli samodzielnie oddychać? Czy przeżyjemy?

To czas na pogłębienie relacji z Tym Jedynym, w którego ręku jestem. Tu już bez specjalnego wysiłku, oddaję Mu siebie i bliskich. Bez żadnego warunku, bez planu B – w całości zależymy tylko od Niego.

Nie raz toczyła się walka. Z jednej strony męczące ataki „covidowych” objawów i szatańskie podsycanie strachu, a z drugiej, tej jasnej, całkowita ufność Panu Jezusowi. Im trudniejsze bywały ów objawy, tym walka była mocniejsza, ale zawsze zwycięska. Pan jest znacznie większy od jakiegokolwiek wirusa i wspaniale jest być niesionym przez Niego w ramionach, jak już wielokrotnie w moim życiu bywało.

Jezu, ufam Tobie!

poniedziałek, 28 września 2020

Wiara i rozum

 


Zostało napisanych tysiące artykułów o koronawirusie, pojawiły się setki „fachowców” i „doradców”, stworzono dziesiątki teorii spiskowych. Wszelkiej maści media nasycone czerwienią wlewają nam gigantyczne dawki adrenaliny powtarzającymi się tytułami: „Tak źle jeszcze nie było”, „Rekordowa ilość zakażeń”, „Największa ilość zmarłych” itp. Ten istny obłęd to jedna strona pandemii, ale łatwo się z nią rozprawić. Mój sposób jest prosty, nauczyłem się ignorować to wszystko. Omijam „przyciągające” tytuły, zatykam uszy na jakiekolwiek „sensacje” o zmowach masonerii, ataku chińskich naukowców, wszczepianiu nam mikroprocesorów i lądowaniu UFO na krakowskich Błoniach. Prawda jest taka, że historia wskaże źródło. Teraz istotne jest tylko to, że wiele osób cierpi ciężko chorując, sporo ludzi umiera.

Właśnie dlatego, dużo bardziej groźna jest ta druga strona pandemii - ludzie ignorujący ją, lekceważący wszelkie środki ostrożności, czy tacy (bo okazuje się, że naprawdę są), którzy nie wierzą, że ona istnieje.

Wydaje się, że człowiek wierzący nie powinien mieć problemu z wyśrodkowaniem swojego podejścia do pandemii. To przecież jest takie oczywiste, że szanuję życie swoje i swoich bliźnich, więc nie będę nikogo narażał i założę tą maseczkę. W końcu nikt z nas nie wie, czy akurat nie ma wirusa. Z drugiej zaś strony, nie będę panikował, chował się i unikał kogokolwiek, bo ufam Bogu! Nie mam wątpliwości, że On mnie kocha i jeśli pozwalam się Mu prowadzić, to cokolwiek mnie spotka, to w efekcie przyniesie dobro.

O. Dolindo Ruotolo spisał absolutnie wyjątkową modlitwę „Jezu, Ty się tym zajmij”*. Jest to akt całkowitego oddania się Jezusowi, to kwintesencja zaufania Bogu. Od kilkunastu lat, gdy poznałem tę modlitwę, jestem w niej bezgranicznie zakochany (na dole podaję adres, pod którym można ją przeczytać lub wysłuchać).

Zauważyłem jednak, że niektóre głęboko wierzące i wspaniałe osoby, oddają Panu swoje życie, ale zapominają o własnym zaangażowaniu. Obrazowo wygląda to tak, że idą bez maseczki między ludźmi w sklepie, czy w kościele i w sercu modlą się „Jezu, Ty się tym zajmij”, „Jezu, Ty zajmij się covidem”. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, jakbym zamknął oczy i przebiegł przez bardzo ruchliwe skrzyżowanie na czerwonym świetle, powtarzając „Jezu, Ty się tym zajmij”? Czy to nie jest trochę tak, jakby traktować Pana Jezusa jak służącego, od którego się „wymaga” (w tym przypadku opieki), a samemu nic się nie daje?

         Może jestem w błędzie, ale ja zaufanie Jezusowi rozumiem inaczej. Wiem z całą pewnością, że On jest cały czas przy mnie. Wiem, że kieruje każdym moim krokiem i obdarza mnie Swoją opieką. Czuję Go jako mojego „osobistego Przewodnika”, który prowadzi mnie do Siebie. 

Intrygowało mnie jednak, dlaczego Bóg kazał Mojżeszowi wychodzić na górę, zamiast po prostu dać mu tablice w namiocie?! Człowiek nie musiałby się tak trudzić, a efekt byłby taki sam. Może nawet lepszy, bo lud nie myślałby o głupotach i nie budował cielca podczas nieobecności Mojżesza.

Zastanawiające jest również to co stało się w Kanie Galilejskiej. Jezus kazał sługom napełnić stągwie wodą, zaczerpnąć i dać staroście weselnemu. Wiecie ile ci słudzy mieli roboty? Ewangelia św. Jana mówi: „Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary” [J 2,6]. Jedna „miara”, to ponad 39 litrów. Jedno naczynie mieściło więc w zaokrągleniu 79 lub 118 litrów, razy sześć naczyń, to od 472 do 708 litrów.

Przykładów można mnożyć w nieskończoność. Dlaczego Pan angażował ludzi, gdy czynił cuda?

         Oddanie się Panu i całkowite zaufanie Mu, rozumiem jako ustanowienie Go swoim „Szefem” we wszystkich elementach życia, działaniem najlepszym jak po ludzku się da w rozwiązywaniu wszelkich spraw, posługując się własnym rozumem i przekonanie, że jeśli zrobiłem po ludzku wszystko co możliwe, to Jezus zrobi to, co po ludzku już nie jest możliwe.

Nie chodzi więc o to, aby usiąść wygodnie w fotelu, założyć nogę na nogę i powiedzieć „Jezu, Ty się tym zajmij”. Nie chodzi o to, aby biegać bez maseczki i narażać innych. Chodzi o to, aby wierzyć i ufać, ale używać też daru, jaki Pan nam dał – rozumu.

         Św. Jan Paweł II w encyklice "Fides et ratio" napisał: "Rozum bez wiary prowadzi do pychy, a wiara bez rozumu do powierzchownej duchowości". Gdy słyszę, jak któraś z bliskich mi osób mówi, że nie nosi maseczki, bo Pan Bóg się nią opiekuje, to z jednej strony szanuję jej wiarę, ale z drugiej dźwięczą mi słowa samego Jezusa, gdy był kuszony: „Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień». Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego»” [Mt 4, 5-7]. Ja noszę maseczkę i zachowuję to co zalecają fachowcy, bo nie chcę wystawiać mojego Boga na próbę.

         Zupełnie innym zagadnieniem są osoby, które negują wszelkie nakazy i zakazy. To głównie ludzie młodzi, buntownicy, u których nie ukształtowało się jeszcze poczucie empatii i którzy na pewno nie znali jeszcze żadnej osoby chorej na koronawirusa (chyba, że taką, która przeszła go bezobjawowo). Wiedzą, że im najprawdopodobniej nic się nie stanie i nawet jeśli zostaną zarażeni, to ich młode organizmy przejdą wirusa bezobjawowo. Nie myślą o innych, tylko o swoim buncie. Najsensowniej byłoby im zabronić chodzenia w maseczkach, to z pewnością w ogóle by ich nie zdejmowali.

         Są też osoby, których zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć. Argumentują, że zalecenia wydawane w związku z pandemią są niezgodne z Konstytucją, czy innymi prawami.

Ludzie! Jakie to ma znaczenie?! Czy te zalecenia są przeciwko mnie? Dlaczego niektórzy „gwiazdorzy” tak się ośmieszają, robiąc jednocześnie tak wiele złego w stosunku do młodych ludzi, dla których są idolami? Za jaką cenę chcecie „błyszczeć”?!

         Sytuacja jest więc taka, że mamy pandemię. Ona jest. Znam lepiej lub gorzej około pięćdziesięciu osób, które przeszły tego wirusa. Znam też osobę pracującą na oddziale „covidowym” w szpitalu uniwersyteckim i jej opowiadania, jak na długie godziny w kombinezonie wchodzi na oddział zakaźny i wraz z innymi walczy o życie pacjentów. Bez jedzenia, bez wody, bez możliwości skorzystania z toalety, bo kombinezon jest jednorazowy. Wracając do części „czystej”, niejednokrotnie płacząc, nie może pojąć, dlaczego ludzie lekceważą zalecenia sanitarne, a później lekarze i pielęgniarki, muszą przez to przechodzić.

Nigdy nie odważę się lekceważyć moich Sióstr i Braci - jakiegokolwiek człowieka. Sam niewiele mogę zrobić, będąc laikiem w tych sprawach, mogę jedynie słuchać tego, co mówią fachowcy. Ubieram więc maseczkę w pomieszczeniach, gdzie jest dużo ludzi, ubieram ją w Kościele i wszędzie tam, gdzie jestem w tłumie. Bardzo często myję i dezynfekuję dłonie.

To mogę jako człowiek zrobić, używając rozumu, który dał mi Pan Bóg. To i całą resztę Jemu oddaję.

Daj nam Boże wiarę, która może góry przenosić.
Prowadź nas, Dobry Jezu, drogą, która będzie najlepsza dla naszego zbawienia.
Duchu Święty, wlej w nasze serca dar rozumu.
Twoja wola niech się stanie. Amen

--------------- 

*Modlitwa „Jezu, Ty się tymzajmij”



piątek, 27 marca 2020

Świadectwo nadzwyczajnego szafarza w 10-tą rocznicę posługi


Jest 27 marca 2010 roku. Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Rozpoczyna się wyjątkowa dla mnie i pięćdziesięciu innych mężczyzn uroczystość. Biskup pośle nas, abyśmy zanosili Jezusa Chrystusa do tych, którzy sami nie mogą przyjść do kościoła ze względu na stan zdrowia. Otrzymamy błogosławieństwo do nadzwyczajnej posługi, której nie jest godzien żaden człowiek, a możliwa jest jedynie dzięki wielkiej miłości Pana Jezusa do ludzi.

Chwile oczekiwania wypełnione są wielką radością, ale i paraliżującym strachem pełnym pokory. Niedowierzanie, że moimi ludzkimi, niegodnymi dłońmi, będę podawał Ciało Zbawiciela siostrom i braciom w wierze. Ta posługa uwidacznia, jak Bóg działa przez maluczkich i jak tworzy z nich narzędzia pomocne do zbawienia wielu.

Nadszedł czas. Po miesiącach przygotowań, kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski, udziela mi błogosławieństwa i wiesza na szyi Krzyż nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej. W sercu odczuwam odrętwienie powodowane ogromną odpowiedzialnością, ale i wielkie pragnienie służby dla Stwórcy. Kłębią się myśli, że nie mogę tracić czasu, że chorzy czekają, chcą przyjmować Komunię Świętą, a ja mogę im przynieść Pana.

Moja pierwsza posługa nadzwyczajnego szafarza dokonała się parę dni później, w Wielki Czwartek. W kościele parafialnym, podczas Mszy Świętej, kapłani udzielali Eucharystii pod dwiema Postaciami. Pamiętam do dziś ten moment, kiedy kapłan poprosił mnie, abym trzymał kielich z Krwią Pana. Pamiętam jak podnosiłem ten kielich z ołtarza i pamiętam, jak cały, bez reszty, byłem na nim skupiony. Pamiętam każdy krok, każdy moment, gdy w moich rękach był Jezus pod postacią wina. Tego przeżycia nie mogę porównać do żadnego innego.

Dwa dni później, podczas Wigilii Paschalnej, po raz pierwszy kapłan podał mi puszkę
z Ciałem Pańskim i udzielałem Komunii Świętej. Powtórzyły się wszystkie odczucia. Pamiętam tą puszkę z Ciałem Pana. To na niej byłem całym sobą skupiony i choć wielka ilość osób przyjmowała tego wieczoru Komunię Świętą, to nie pamiętam nikogo z nich, choć pewnie było sporo znajomych. Pan pochłonął mnie całkowicie.

Mimo dziesięciu lat, które upływają od tego wielkiego dnia, podczas których wielokrotnie już byłem posyłany z posługą do Chorych w domach, szpitalu, czy do posługi podczas Mszy Świętych, moje odczucia nie zmieniły się. Dziękuję Panu Bogu, że nie wdarła się do mnie rutyna, czy przyzwyczajenie. Każda posługa jest największym przeżyciem i zawsze jest tak, jak za pierwszym razem.

Jestem w pełni świadom swojej niegodności. Po ludzku, pojąć nie mogę, jak człowiek może zanieść Jezusa Chrystusa drugiemu człowiekowi. Jak niewyobrażalnie wielka jest Miłość Boga, że tak zniża się do człowieka, aby dać mu Siebie.

Co dał mi Pan?

Otrzymałem od Pana wielki dar. Widzę i czuję przez cały czas, jak Jezus w tej posłudze obdarza “głodem” Eucharystii i jak obdarowuje przeżywaniem Mszy Świętej.

Kolejnym wielkim darem jaki otrzymałem, jest bezgraniczne zaufanie Jemu. Błogosławieństwo do posługi przyjąłem w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia i właśnie tutaj, Pan wyrył mi w sercu słowa z łagiewnickiego obrazu - “Jezu, ufam Tobie”. Mimo wielu problemów, Jezus przenosi mnie ponad nimi. One nie zniknęły, ale zmieniła się całkowicie perspektywa, zmienił się cel i wszelkie kłopoty przestały mieć wielkie znaczenie. Przekonałem się, że jak Jezus zajmie się człowiekiem, jak Mu człowiek na to pozwoli, to zajmie się hojnie. Taki człowiek otrzyma dużo więcej, niż potrzebuje.

Największym jednak szczęściem, jakie daje mi Bóg, to obecność. Dar bycia tak blisko Jezusa Eucharystycznego, dar przebywania i rozmowy z Nim w drodze do chorych. Możliwość podążania za Nauczycielem ukrytym w Hostii.

Chwała Panu!

Dziękuję Bogu i ludziom

Wiem Panie, że Ty nie powołujesz uzdolnionych, ale uzdalniasz powołanych. Chwała Ci Boże za to, bo w przeciwnym razie nigdy nie miałbym szans Ci służyć.
Dziękuję Ci Panie za moją żonę Asię, a jej za to, że zgodziła się, abym Ci służył w tej posłudze.
Dziękuję Ci Jezu za ks. Grzegorza Szewczyka, który jako proboszcz mojej parafii, przekazał mi Twoje wezwanie i ks. kardynałowi Stanisławowi Dziwiszowi za błogosławieństwo i za posłanie mnie do posługi nadzwyczajnego szafarza.

Dzięki Ci Panie składam za te 10 lat.
Rób ze mną co chcesz, ufam Tobie!



Piotr
Kraków, 27 marca 2020 roku

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Ufają tylko odważni


Aby puścić kierownicę jadąc na rowerze, trzeba odwagi.
Trzeba uwierzyć, że jadąc prosto, rower się nie przewróci. Ten pierwszy raz - zawsze jest trudny. Gdy jednak się odważymy, to później będziemy tą kierownicę puszczać coraz częściej, bo oprócz wiary, będziemy mieć również doświadczenie. Nawet jak czasem zdarzy się, że niefortunnie najedziemy na krawężnik i nabijemy sobie guza, to potraktujemy to jako lekcję i dalej będziemy puszczać kierownicę.

Aby zaufać Jezusowi, trzeba odwagi.
Trzeba uwierzyć, że idąc przez życie prostą drogą, nie zawiedziemy się. Ten pierwszy raz - zawsze jest trudny. Gdy jednak się odważymy, to później będziemy Mu ufać coraz bardziej, bo oprócz wiary, będziemy mieć doświadczenie. Nawet jak czasem zdarzy się, że zbłądzimy kierowani naszą ludzką słabością, to On nas przytuli, przebaczy i nie będziemy już chcieli Mu nie ufać.

poniedziałek, 18 listopada 2019